sobota, 26 marca 2011

lanolinka... :-)

Czekam i czekam... i nic!
Ależ mam pasażera... No ale niech mu będzie, niech siedzi tyle ile potrzebuje.
Póki co, matka-polka, jak starczy sił po ogarnięciu chałupki i przygotowaniu obiadu, wije gniazdo. Piorę małe ciuszki, prasuję, układam, przekładam... W sumie przemeblowanie w dwóch pokojach zrobiłam ;-) Oczywiście nie sama! P. został do tego celu mocno wykorzystany... :-)
A jak już przemeblowałam co mogłam, uprałam i wyprasowałam, to przyszedł czas na czynności "inne". Między innymi musiałam zająć się wełnianym kocykiem, który z racji bycia naturalnym, leżał sobie spokojnie pod prześcieradełkiem naszej Małej, dopóki ta nie odkryła jak pyszna jest hata - czyli herbatka z dzikiej róźy! Od tego momentu kocyk przeszedł wiele, by w końcu zostać doszczętnie zmoczonym...
I co tu począć?

Z racji ukochania chust i noszenia dzieci w chustach, choć jeszcze zbyt wielkiego doświadczenia nie mam w tym temacie (zmieni się to mam nadzieję diametralnie jak urodzi się Młody), wlazłam na forum chusty.info i zalęgłam się tam! Normalnie jak narkotyk :-) Znaleźć tam można poza toną informacji, przede wszystkim pozytywnie zakręconych ludzi, z którymi można wszystko o wszystkim.  Tam zgłębiłam drugi temat pieluchy wielorazowe, które kiedyś przemknęły przez moją świadomość, jednak bez odpowiedniej bazy danych przeszły bez echa... Poza tym Mała wylazła z pieluch i nie był temat niezbędny. Teraz się to zmienia, więc się wgłębiłam... Ale o tym kiedy indziej.
Na tym właśnie forum w temacie pieluch wielo, a dokładniej wełnianych otualczy na pieluchę, znalazłam informacje, że przemoczoną wełnę traktuje się kuracją lanolinową. Zgłębiając temat można odnaleźć informacje, że są gotowe produkty do przeprowadzenia tej kuracji do zakupienia najczęściej w necie albo w sklepach stacjonarnych, jednak tylko w większych miastach. My nad naszym morzem takowych sklepów nie posiadamy, więc szperałam dalej. Odnalazłam informację, że można do wspomnianej kuracji wykorzystać zwykłą lanolinę apteczną. Jednak i tu pojawia się problem, bo z tego co dziołchy pisały, to nie każda apteka jest chętna do sprzedania takiej zwykłej lanoliny wykorzystywanej w aptece do produkcji maści, mazideł i czego tam jeszcze... Ja na szczęście mam szczęście, że w mojej pobliskiej aptece, lanolinę dostaję bez problemu. Kosztuje grosze! Na prawdę :-) Za pojemność ok 1 łyżeczki zapłaciłam 1 zł + opakowanie :-) Tą porcję akurat potrzebowałam do czego innego, ale zużyłam na przedmiotową kurację. W ostateczności dowiedziałam się z forum, że firma Ziaja wypuściła maść w postaci czystej lanoliny. Tubka kosztuje niecałe 10zł, więc przypuszczam, że wychodzi podobnie.

Przechodząc do meritum. Sposobów na przeprowadzenie kuracji lanolinowej jest kilka. Ja wybrałam ten, który dla mnie wydawał się najprosztszy i najszybszy.

Otóz potrzebny jest:
 - GAR DO GOTOWANIA GACI ;-)  ja akurat nie gacie chciałam lanolinować, ale pozostańmy przy tym określeniu, bo z tym wiąże się wiele śmiesznych historii z forum, których nie będę przytaczać... hihi
- WODA zależnie od rozmiaru przedmiotu ok 1,5 litra lub więcej
- LANOLINA w ilości 1 łyżeczki na 1,5 litra (u mnie ta proporcja się sprawdziła i okazała się "w sam raz")
- SZARE MYDŁO do zabielenia "zupy".

Wodę doprowadzamy do wrzenia, wrzucamy lanolinę, która nam się ładnie rozpuści i utworzy pięknie "tłuste oko" na powierzchni. W celu rozprowadzenia oka na części najmniejsze, najdrobniejsze, niezauważalne wrzucamy szare mydło. I tu proporcji nie podam, bo ja wrzuciłam większy kawałek i gotowałam tę "zupę", aż ilość mydlin "rozpuściła" lanolinę.

Tak przygotowanym wywarem zalałam kocyk, uprany uprzednio w środku do prania wełny. Tak, tak. Zalałam wrzącą zupą. Jednak wełna, która ma trzymać wilgoć, podobno musi być zfilcowana... hihi
W moim przypadku kocyk pozostał w misce z zupą na całą noc, jednak wg przepisu potrzebuje tak leżakować ok 6 godzin, aby wełna dokładnie wchłonęła lanolinę.

Następnego dnia wypłukałam dokładnie kocyk w letniej wodzie i wywiesiłam do suszenia. Łapki miałam pięknie tłuściutkie, a kocyk po wyschnięciu jest w sam raz tłuściutki, aby nie przepuścić niespodziewanego siku :D ale też nie na tyle, żeby brudzić ;-)

Tyle na temat kuracji... a się napisałam! hihi :D

niedziela, 20 marca 2011

w oczekiwaniu...

Pewnego razu było dziecko gotowe, żeby się urodzić.
Więc któregoś dnia zapytało Boga:
- Mówią, że chcesz mnie jutro posłać na ziemię, ale jak ja mam tam żyć, skoro jestem takie małe i bezbronne?
- Spomiędzy wielu aniołów wybiorę jednego dla ciebie. On będzie na ciebie czekał i zaopiekuje się tobą. - Ale powiedz mi, tu w Niebie nie robiłem nic innego tylko śpiewałem i uśmiechałem się, to mi wystarczało, by być szczęśliwym?
- Twój anioł będzie ci śpiewał i będzie się także uśmiechał do ciebie każdego dnia. I będziesz czuł jego anielską miłość i będziesz szczęśliwy.

- A jak będę rozumiał, kiedy ludzie będą do mnie mówić, jeśli nie znam języka, którym posługują się ludzie?
- Twój anioł powie ci więcej pięknych i słodkich słów niż kiedykolwiek słyszałeś, i z wielką cierpliwością i troską będzie uczył Cię mówić.
- A co będę miał zrobić, kiedy będę chciał porozmawiać z Tobą?
- Twój anioł złoży twoje ręce i nauczy cię jak się modlić.

- Słyszałem, że na ziemi są też źli ludzie. Kto mnie ochroni?
- Twój anioł będzie cię chronić, nawet jeśli miałby ryzykować własnym życiem.

- Ale będę zawsze smutny, ponieważ nie będę Cię więcej widział.
- Twój anioł będzie wciąż mówił tobie o Mnie i nauczy cię, jak do mnie wrócić, chociaż ja i tak będę zawsze najbliżej ciebie.



W tym czasie w Niebie panował duży spokój, ale już dochodziły głosy z ziemi i Dziecię w pośpiechu cicho zapytało:
- O, Boże, jeśli już zaraz mam tam podążyć powiedz mi, proszę, imię mojego anioła.
- Imię twojego anioła nie ma znaczenia, będziesz do niego wołał "Mamusiu"...

poniedziałek, 28 lutego 2011

SYROPY

  Zaczęłam prowadzić bloga w celu podzielenia się zdobytą wiedzą "leczniczą" i nie tylko :) Ale od leczniczej powstał pomysł.
  Ponieważ od dawna korzystamy z wielu dobrodziejstw natury, nadszedł najwyższy czas, by podzielić się nimi!
  O cebuli pisała moja Kochana Mamuśka, więc nie będę powtarzać, tylko zapraszam do lektury do niej właśnie.
  Natomiast ja bardzo chętnie napiszę o syropie z czosnku! Wszyscy wiemy, że czosnek jest bakteriobójczy, doskonały w chorobie, ale obciąża wątrobę, więc dla maleńkich dzieci niekoniecznie wskazany...

 Ale jest na to sposób. W jednej z dziecięcych gazet jakiś czas temu, znalazłam przepis na SYROP/WINKO CZOSNKOWE i go zachowałam. Zrobiłam, jak Ania skończyła roczek, bo przeznaczony jest on dla dzieciaczków od roczku. Od tej pory stał się on naszym hiciorem w sezonie grypowym. Jest bogaty w witaminę C za sprawą cytryny i w czosnek oczywiście :-) Nie przepadam za sztucznymi witaminami i staram się jak najwięcej natury serwować maluchowi i nam. Ale wracając do syropku, oto przepis:

           - 12 ząbków czosnku - koniecznie Polskiego! najlepiej eko...
           - 2 cytryny
           - 0,5 l letniej wody
           - 3-4 łyżki stołowe miodu
          Czosnek rozgnieść, zalać sokiem z cytryn oraz ciepłą wodą.
          Miksturę odstawić na dobę.
         Po tym czasie odcedzić i dosłodzić miodem.
         Syropek przechowywać w zakorkowanej butelce w lodówce.
         Podawać dziecku po 1 łyżce stołowej po śniadaniu i kolacji.

Co do butelki, mogę polecić butelkę po piwie, np. grolschku :D Doskonale się do tego nadaje.
Syropek ratuje nas - zarówno Anię, jak i mnie ciężarówkę - nieustannie, ciągle i w kółko :-)  I odpukać, żadna większa choroba nas nie tyka, katary i lekkie kaszelki od niego się zdarzają, ale poza tym, nie dajemy się :-)

Idzie wiosna, mróz odpuści i znowu zaraza się rozprzestrzeniać będzie...
Życzymy zatem wszystkim dużo zdrowia!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Królewski Nowy Rok :-)

Nowy rok trzeba zacząć szampańsko!
Ale jak!? Kiedy brzuchol coraz większy i rośnie i rośnie… J Niech on sobie rośnie, nie narzekam przecież. Sylwester był kulturalny przez duże „K” oczywiście, bo w teatrze spędzony, ale tu nie o tym. A co, w domu siedzieć nie będę J
Jednak w Nowy Rok wkroczyłam z nową energią i poza przemeblowaniami niektórymi, chciało mi się też działać na innych polach. A że działam ostatnio dużo kulinarnie, bo od dwóch już lat siedzę w domu (jak ten czas leci!!!!!!!!!), to na plan pierwszy poszło ciacho. Weekend długi, cosik słodkiego by się zdało na stół.
Temat SERNIK.
Ale rzecz to prosta nie jest, bo u nas w rodzince najlepszy i chyba jedyny przeze mnie tolerowany sernik piecze Babcia. Os zawsze. Na wszystkie imprezy, okoliczności i święta. Jeden. Niepowtarzalny, pyszny… ochy i achy!
Ale przecież ja tego ani takiego piec nie będę. Pogrzebałam więc w swoich karteluszkach, których mam chyba tysiące (w chomika się zmieniłam czy jak…?), i odnalazłam jakieś zapiski, notabene obok przepisu na wspomniany babciny sernik.
Sernik królewski. Ale, ale… To nie może być każdy sernik, bo nie toleruję jakimś trafem serników na spodach i z wierzchami (babcia tak nie robi!), ani z brzoskwiniami, ani z tymi gotowymi serkami do twarożków z gotowymi aromatami! Fuj! Dla mnie to wszystko nie tak, bo albo śmierdzi albo „wali” chemią. Jednym słowem wybredna bestia.
Ten na szczęście nie ma ani spodu, ani wierzchu, ani żadnych dodatków. Jedynie twaróg, żółtka, duuuuużo żółtek i coś tam jeszcze. Jaja, jak dla mnie, w cieście gwarantują, że ciacho będzie udane. Ten przepis, mam wrażenie, należy do tych „tradycyjnych”. To znaczy – będzie pyszny! I nie pomyliłam się :D
Sernik jest puchaty, leciutki, w smaku czuć jajeczka (oczywiście te od kurki, co nóżką po trawce grzebie!) i cytrynkę. Ani za słodki, ani za mało, ani za dużo wszystkiego itp. Idealny po prostu! No, KRÓLEWSKI!
Przepis jest następujący:
1 kg twarogu (ja użyłam półtłustego)
12 szt jaj
40 dkg cukru (dałam odrobinę mniej, bo nie chciałam, by był zbyt słodki)
2 opakowania cukru waniliowego
30 dkg masła
1 kopiasta łyżka mąki ziemniaczanej
skórka z cytryny
masło i bułka do wysmarowania formy

W przepisie są jeszcze rodzynki, ale ja za nimi w cieście nie przepadam. Za to dodałam migdały J Wzięłam trochę, bo tylko tyle ostało się w domu.

Kolejność sernika następująca:
1.    Twaróg zemleć dwa razy. Masło rozpuścić i ostudzić. Zetrzeć skórkę z umytej cytryny.
2.    Ubić 12 żółtek z cukrem. Dodawać stopniowo twaróg. Dodać stopione masło i łyżkę mąki. Na koniec dodać cukier waniliowy i migdały (rodzynki, skórkę z pomarańczy… co kto lubi J)
3.    Ubić pianę z 12 białek i delikatnie połączyć z masą serową.
4.    Całość przełożyć do wysmarowanej formy.
5.    Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st.C i piec 45 minut.
Ostudzić i kroić dopiero po ostygnięciu!
Masy jest duuużoooo, wypełnia całą formę i w trakcie pieczenia delikatnie rośnie. Jednak później delikatnie opada.
Sernik jest delikatnie zrumieniony, puchaty, misiowaty chciałoby się powiedzieć!
P Y C H O T A!
Prawdziwie królewski początek roku!

PS. Niestety nie wpadłam na pomysł sfotografowania mojego dzieła, posiłkuję się zatem zdjęciami-gotowcami z interneta. Chciałabym pokazać jaki on ładny, rumiany, żółciutki… To zdjęcie najbardziej pasuje…