środa, 26 października 2016

Śpiewająca "bieda" ;-)

Dziś trochę przewrotnie.

A dlaczego? "A bo tak" jakby odpowiedział Czesio, ale powód jest.
Śpiewam. Śpiewam w chórze. A na wyjazd w dłuższą czy krótszą podróż warto zabrać ze sobą coś dobrego. Jakąś przekąskę. Ciastka, ciasto. Możliwości jest wiele. Ja jednak zawsze coś piekę na wyjazd z chórem. Ostatnio wybraliśmy się na konkurs do Torunia. Podróż około 4-ro godzinna. Więc zdecydowanie trzeba było zabrać ze sobą coś do jedzenia.
Lubię się dzielić tym co robię, pewnie stąd też pomysł na blog, niemniej jednak tym co przygotuję do jedzenia, sprawia radość o tyle większą, że istnieje kontakt bezpośredni z odbiorcą ;)



Tak więc na wyjazd popołudniowy przydałoby się ciasto. Trochę nie przygotowana nerwowo zaczęłam przeglądać zeszyt z przepisami i okazało się, że w każdym przepisie znalazłam produkt, którego akurat nie miałam w domu. W końcu mój wzrok padł na przepis, który dostałam od koleżanki. Z bardzo dziwną nazwą. Ciasto bieda. Zawsze dziwiła mnie ta nazwa. Do tego dnia, w którym potrzebowałam przepisu na ciasto ze składników, które akurat mam w domu. A dużo tego nie było. Jednak na pewno w każdym domu znajdzie się mąka, cukier, olej i jajka. I na całe szczęście miałam to i ja ;-) I tak naprawdę jest to podstawa do tego ciasta. Do tego potrzeba już tylko dodatki, najczęściej dodawane są jabłka, one stanowią "bazę". Do tego można wrzucać dodatki według własnego uznania.


Ciasto bieda
3 jajka
1 szklanka cukru (najlepiej brązowego, u mnie niepełna szklanka)
3/4 szklanki oleju
2 szklanki mąki
1 łyżeczka sody rozpuszczona w odrobinie letniej wody
1 łyżka kakao (u mnie karob)
1 łyżeczka cynamonu 
opcjonalnie - 1 łyżeczka kardamonu
750g obranych i pokrojonych w kostkę jabłek
ew. dodatki - u mnie wiśnie z nalewki ;-)
mogą być też ulubione orzechy, pestki dyni, słonecznika, albo co tylko przyjdzie Wam do głowy


Jajka ubić z cukrem, dodać cynamon, kardamon, karob, powoli dosypując mąkę. Gdy całość uzyska jednolitą masę, dodać wówczas sodę rozpuszczoną w wodzie i olej.
Do tak powstałej masy dodajemy jabłka i dodatki.
Całość wstawiamy do nagrzanego na 180 st.C piekarnika w niezbyt dużej blasze (u mnie 20x25 cm) 
i pieczemy około 40 min (sprawdzamy patyczkiem ;))
Na upieczone ciasto wykładamy polewę czekoladową - i tu jest pełna dowolność, każdy ma swój przepis na polewę. Jedni korzystają z gotowców, inni robią masę na bazie margaryny... no każdy ma swoją ulubioną wersję ;)
Ja jednak prawie zawsze przygotowuję polewę na bazie czekolady gorzkiej, rozpuszczonej w wodnej kąpieli z dodatkiem masła (d
zięki temu polewa pięknie się błyszczy :D).
Czasem przy braku czekolady szykuję polewę z wody, kakao i masła z dodatkiem odrobiny cukru lub miodu (proporcje niestety zawsze "na oko"). A na wierzch? Mogą być orzechy, wiórki kokosowe... cokolwiek na co przyjdzie Wam ochota!



Moje zniknęło wręcz.... śpiewająco! :D I ucieszyło wielu, co z klei ucieszyło mnie :D



Smacznego!


P.S.
żeby nie było, że wyjazdy chóralne to wycieczki, przywieźliśmy BRĄZ!!!! 
a tu fotka z naszych wypocin ;-) 




piątek, 21 października 2016

Jesień....

Jesień nieuchronnie i z coraz większym przytupem wkracza w nasze domy i nasze głowy... Katary, choroby, jesienna depresja... Znacie to? My się nie poddajemy. Jak to mówią: "robim, co możem!" :D

  A powstają u mnie nieustannie nowe przetwory, ocet jabłkowy, syropy, a później pyszne nalewki ;-)

 A więc dziś prezentuję Wam jabłuszka drobno tarte pasteryzowane z odrobiną cukru i dużą ilością cynamonu, ocet jabłkowy wg przepisu Katarzyny Gurbackiej oraz syrop z pigwy. I tu jest najprzyjemniejsza rzecz! Syrop, który powstaje z pokrojonych żółtych owoców zasypanych cukrem, całość odstawiona w ciepłe miejsce, doskonały jest do herbaty zamiast cytryny czy do wody, a do tego bogaty jest w witaminę C, więc na tę porę roku jest doskonały. A z odcedzonych owoców powstanie pyszna nalewka! Wystarczy owoce zasypać cukrem, zalać alkoholem (ilość % według upodobań) i odstawić na co najmniej miesiąc w ciemne miejsce. W zeszłym roku proces "zalewania alkoholem" powtórzyłam, tak bardzo żal mi było owoców, więc po kolejnym pół roku, miałam druga porcję pysznej nalewki!

My się zimy nie boimy... a nie, to jeszcze nie jesień, ale nie da się ukryć, że teraz są ostatnie podrygi jesieni i wszystkie pyszności będziemy konsumować zimą!
Ja już nie mogę się doczekać!!!





poniedziałek, 10 października 2016

...a po ciepłym śniadaniu, ciepła zupa :-)

Bardzo lubię zupy. Ciepłe, pożywne, rozgrzewające. Jesień to czas, w którym przede wszystkim stawiam na zupy. Na obiad lub kolację.

Dziś zupa a'la barszcz ukraiński z botwinką :) Lubię udziwnienia, zmiany, dlatego tę zupę przygotowałam inaczej niż zawsze. Pokrojoną włoszczyznę podsmażyłam na klarowanym maśle, a do wywaru nie dodałam mięsa.

 
Dwie marchewki i pietruszkę pokroiłam drobniutko, i wrzuciłam na rozgrzany tłuszcz. Do rumianych warzyw dodałam nieduży pokrojony por. Całość posoliłam i gdy por się zeszklił, wlałam ok 1,5 litra wody. Następnie dodałam pieprz w ziarnach, listek laurowy i ziele angielskie (ilości dowolne zależnie od upodobań - u mnie zawsze dużo, zwłaszcza pieprzu). Następnie obrałam 2 duże ziemniaki i dodałam do wywaru. Gdy całość się zagotowała, dodałam 2 duże łyżki kaszy quinoa (źródło białka). Gdy ziemniaki były już miękkie (po ok. 15-20 minutach) dodałam 2 słoiczki przygotowanej na wiosnę botwinki, która zalana była wodą z solą i odrobiną kwasku cytrynowego, dlatego przy doprawianiu dodałam odrobinę cukru, by zupa nie była zbyt kwaśna. Teraz, jak na barszczyk ukraiński przystało, dodałam ugotowanej wcześniej fasoli "Jaś" - około 1 szklanka.
Całość dosmaczyłam zieloną pietruszką i koperkiem. No i najważniejsza rzecz o tej porze roku - czosnek. 1 symboliczny ząbek dodany na końcu dla smaku, aromatu i "zdrowotności" ;-) A dla chętnych śmietanka lub jogurt.

 
Skusicie się?
 
 
Smacznego!

sobota, 8 października 2016

Jesień... I co tu zrobić na śniadanie?!?!

Przyszedł zimny, mokry i wietrzny  październik...brrr! Wszędzie szaro, buro i ponuro... I co tu zrobić? Niestety, nie mamy na to wpływu. Czas nieustannie przypomina nam o przemijaniu ;)

Jedyne na co mamy wpływ, to...dobre śniadanie :D
Gdy po przetarciu zasypanych jeszcze oczu, dochodzi do naszej świadomości świszczący szelest wiatru za oknem oraz dudnienie kropel deszczu w okna i parapety, nie pozostaje nic innego jak rozpoczęcie dnia od energetyzującej kawy, np. wg kuchni pięciu smaków (gotowana w rondelku z cynamonem, kardamonem i kropelką cytryny - podobno kolejność ma znaczenie, jednak ja tej sztuki nie pojęłam :D), a po tak dobrej kawie na pewno przyda się nam pożywne śniadanie.

Bardzo lubię podglądać KUKBUK zawsze głodni, i ostatnio wpadła mi w oko propozycja na śniadanie. Stwierdziłam "tak, to jest to!". Mowa o tostach francuskich, które nota bene goszczą u mnie dość często, ale tym razem podane były z karmelizowanym jabłkiem i UWAGA!! pieczonym na chrupko boczkiem!!! Tak. Wiem. Ślinka cieknie na samą myśl ;) Zabierając się za przygotowanie śniadania, stwierdziłam, że nie mam ani czasu, ani tym bardziej chęci na kombinowanie z karmelizowaniem jabłka, więc pozostałam przy wersji basic i przygotowałam same tosty z boczkiem. Plastrów boczku zalecanych w przepisie też nie miałam. Za to w lodówce na swoją kolej czekały paski boczku, gotowe do kupienia w sklepie ;)

Zatem kilka kromek obeschniętego chleba razowego (nie, nie zalecanej chałki czy białej bułki ;) ) i boczek w towarzystwie jaj i chrzanu gotowe były do śniadania :D

2-3 rozkłócone jajka
odrobina mleka (ok. 1/5 szklanki)
sól do smaku


Boczek grzecznie grzał się na patelni na wolnym ogniu, podczas gdy chlebek moczył się w jajkach z mlekiem. Ta część wymaga czasu, żeby pieczywo dobrze wchłonęło miksturę, dlatego często zdarza się, że przygotowuję tę kompozycję wieczorem i wstawiam na noc do lodówki, wówczas rano zmarnowana i głodna nie muszę czekać, aż produkty będą gotowe na patelnię.


Tę z kolei rozgrzewam delikatnie z klarowanym masłem i na dość dobrze nagrzany tłuszcz delikatnie przekładam tosty. Zazwyczaj wykorzystuję większą łopatkę tak, by mokre pieczywo nie pokruszyło się w drodze na patelnię :)


Przemieszany kilka razy boczek oraz gotowe tosty, obsmażone z obu stron na złoto, wykładam na talerz. Z uwagi na fakt, że pogoda sprzyja przeziębieniem, dziś towarzyszył im chrzan.



Takie śniadanie jest pożywne, ciepłe, a jeszcze bardziej rozgrzewające!

Smacznego :)


niedziela, 2 października 2016

Pesto.... niezielone?!?!


Czasem matka natura daje nam dary niekoniecznie w kolorach wprost oczekiwanych ;-)
Tym razem pod nóż poszła bazylia.... fioletowa!

No i jedyne co przyszło mi do głowy, to pesto! Oczywiście według przepisu stąd :-)

Zatem fioletowa bazylia trafiła do blendera w towarzystwie zielonej koleżanki, jak również wspomnianego w ww. przepisie odrobiny jarmużu.

  
Tyle kolorów, że znów ślinka cieknie i żal w sercu, że na cuda w takich kolorach trzeba czekać kolejny rok.....

Smacznego!

Leczo idealne

Jesień, nawet ta późna, to czas, gdy nie jest zbyt późno na przetwory. Jednym z moich ulubionych czy nawet obowiązkowych od kilku lat, jest leczo. 
To skarb zamknięty w słoiku, który wielokrotnie ratował, gdy nie było czasu, pomysłu czy możliwości przygotowania smacznego i ciepłego obiadu.
Z dodatkiem kiełbasy, kotletów mielonych, smażonej piersi z kurczaka, z kaszą, ziemniakami pieczonymi... mniam! Kombinacji i możliwości jest wiele - do wyboru, do koloru! :D

Dopóki nie dostałam IDEALNEGO przepisu, nie podchodziłam do tej potrawy na krok. Unikałam jak ognia. Żeby nie wyszła ciapka, mamałyga czy jak jeszcze można nazwać tę nieudaną, rozgotowaną wersję tej potrawy.

A idealne leczo jest jędrne i warzywa są chrupkie! Tak, warzywa są chrupkie. Każde gotowane w odpowiedniej dla siebie ilości czasu. Dodawane do garnka we właściwej kolejności. Ot, i cały sekret :) Nie znałam tej tajemnicy. Ale teraz wiem. I nie waham się korzystać z tej wiedzy!

IDEALNE LECZO

Najważniejsze dla mnie pytanie, na które nie znam odpowiedzi, to "jakie proporcje?"!!! 
No cóż, leczo zawsze robię z tego co urosło w ogródku rodzinnym, no, nie do końca z dokładnie wszystkiego, co tam jest, niemniej jednak wyznacznik najważniejszy rośnie właśnie tam. 
Cukinia. 
Zależnie od jej wielkości dobieram pozostałe składniki.

 cebula + czosnek
pomidory
pieczarki
papryka czerwona (w tym roku kolorowa)
ew. fasolka szparagowa
ogórek świeży - w tym roku debiut! 
kabaczek
cukinia
Powyższe składniki to wersja, jaka w tym roku znalazła się w garze, jednak, te najważniejsze zostały pogrubione ;-) Jeśli cukinia jest wieeelkaaa, pozostałych składników potrzeba będzie, równie dużo. Wówczas zdecydowanie należy zainwestować w duży garnek. Inaczej "umarł w butach" ;-) Żal nie skończyć tego leczo "w całości". W tym roku, po raz kolejny, naiwnie zaczęłam gotowanie w malym garnku, a skończyłam, jak co roku, w moim GARZE... Choć nie był on pełny po brzegi, jak bywało to kiedyś! Zatem jeśli cukinia jest spora, moja miała ok. 2 kg, tyle kupiłam pomidorów i papryki, pieczarek było ok. 1,5 kg, ogórków i fasolki, które w tym roku debiutowały w tym zestawie, było dosłownie odrobinę... Garstka fasolki i ze 4 przerośnięte ogórki ;) znaczy się pokaźnych rozmiarów! :D A jeśli chodzi o cebule, to było ich 5 - 3 czerwone i 2 białe. No i cała głowka czosnku :)

Druga najważniejsza rzecz to wielkość. Wiadomo, każdy ma swoją ulubioną miarkę w oku do krojenia warzyw do różnych potraw, ja tam lubię drobnicę.... :D ale tutejsze zalecenie to wielkość ok. 1,5-2 cm. Taka mniej więcej kostka ;-)

Zgodnie z zaleceniem, zaczynam od cebuli, którą smaży się na maśle klarowanym i dodatkowo lekko ją solę, szybciej mięknie i puszcza "wodę", a to powoduje, że przyjemnie się poddusza. Od momentu skończenia krojenia jednego warzywa, zabieram się za kolejne. Smażę/duszę poprzedni zestaw tak długo, jak długo zajmuje mi przygotowanie kolejnego. Więc cebula smaży się tyle czasu, ile zajmuje mi przygotowanie ząbków czosnku z całej sporej główki.
Następne w kolejności są pomidory. Jednak z tymi problem jest taki, że należy je wcześniej sparzyć. Więc obieranie zajmuje trochę więcej czasu niż samo ich pokrojenie. Dlatego w tym przypadku dobrze jest obrać pomidory wcześniej. Tym razem nie miałam takiej możliwości, więc po prostu wyłączyłam gaz i włączyłam go dopiero, gdy pomidory były gotowe do krojenia. Wszystko wrzucamy do garnka, i pozwalamy, by pomidory dusiły się tak długo, aż rozgotują się i stworzą nam sos :) Następne w kolejności są pieczarki, którym ja nigdy nie obieram, ale za to dokładnie myję. Uwaga! Wybieram tylko te, których kapelusze są dokładnie połączone z nóżką, to gwarancja świeżości. Następnie przygotowuję paprykę. W tym roku wybrałam kilka kolorów, zawsze była czerwona, ale coś mnie na rynku natchnęło i wybrałam 3 czerwone, 2 żółte i 2 zielone. A co! Jak szaleć, to szaleć! ;-) Dodałam paprykę do gotujących się pomidorów i pieczarek. Następnie pokroiłam drobno fasolkę szparagową. Nie było jej dużo, ale nadała fajny akcent w całości! Kolejne były ogórki, które podobnie jak fasolka, pierwszy raz wylądowały w garnku. Długo się wahałam czy jest to dobry pomysł, ale zaryzykowałam i ostatecznie ogórek nie zdominował całości. I już blisko, blisko końca, przychodzi czas na kabaczka lub patisona. A na końcu - królowa cukinia. Gdy wreszcie dobrniemy do końca, oczom naszym ukazuje się wielki gar pełen rozmaitości!

  
Jedyne zadanie, jakie stoi przed nami, to doprawić i zamknąć w słoikach ;)

Jeśli chodzi o doprawianie, to tu pozostaje zupełna dowolność, jak przy wyborze warzyw - nie mówię o bazie :D
W tym roku poza solą, pieprzem, tymiankiem, oregano i bazylią, dodałam dość sporo chili... no i okazało się, że o "mały ciut" za dużo! Jedynym ratunkiem jest nie doprawianie kaszy, tak by smak odrobinę choć złagodniał ;-) 

Leczo zamknięte w słoikach (gorące wkładamy do słoików i odwracamy do góry dniem) stanowi cudny podarunek, który możemy pozostawić sobie w ciemnej piwniczce!

Zatem na te zimne, mokre, szare popołudnia.... smacznego! ;-)

niedziela, 21 sierpnia 2016

Placki z cukini

Cukinia w tym roku w babcinym ogródku obrodzila, zatem pochłaniamy ją w wielu postaciach. Najczęściej jednak króluje u nas w postaci placków, które smakują zarówno na ciepło, jak i na drugi dzień na zimno. Doskonale dlatego sprawdzają się jako drugie śniadanie czy przekąska.

Placki w wersji oryginalnej były z marchewką, jednak nam ten skład nie przypadł do gustu, dlatego pozostała sama cukinia, ale za to z większą niż w wersji oryginalnej ilością czosnku.


Skladniki (na wersję podstawową):
1 cukinia (wielkością taka, jak najczęściej można dostać w sklepie)
2 jajka
2-3 ząbki czosnku
1 mała łyżeczka soli
mąka do uzyskania odpowiedniej konsystencji (u nas najczęściej mniejsza część pszennej i pozostała część razowej żytniej lub pszennej, zależnie od tego, co mamy w domu)
 


Cukinię myję i ścieram na tarce na dużych oczkach, solę i dodaję jajka. Całość mieszam.
Ponieważ cukinia puszcza wodę pod wpływem soli, dosypuje mąkę do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Smażę na nagrzanej patelni ceramicznej nasmarowanej olejem np.z pestek winogron.
W trakcie przygotowywania placków, ciasto zmienia konsystencję, dlatego dosypuje mąkę. Proces ten jest mniej widoczny, gdy użyjemy mąki razowej, która "wciąga" większą ilość wody. Dodatkowo polecam smażyć placki na mniejszym ogniu, ale za to ciut dłużej, aby dobrze "wyschły".


Napisalam, że jest to wersja podstawowa, gdyż jeśli cukinia jest większa, zwiększamy ilość jajek, soli i czosnku, no i mąki oczywisvke. Wszystko zależy też od tego czy placki będą dla dorosłych czy dla dzieci, które mogą nie akceptować zbyt ostrego smaku.

Placki zajadamy najczęściej ze śmietaną lub jogurtem naturalnym :)

Smacznego!


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

domowa nutella :)

Kiedy robi się chłodniej, wszyscy mamy zwiększone zapotrzebowanie na słodkości. Najlepszym naszym przysmakiem jest nutella, ale taka nasza, domowa, ze znanymi nam składnikami.
Tak na prawdę oryginalny przepis nazywa się "pastą z cieciorki", jednak u nas funkcjonuje pod bardziej komercyjną nazwą ;)

Domowa nutella


Co jest potrzebne?
- 2 szklanki ugotowanej ciecierzycy,
- szklanka orzechów (2/3 laskowych i 1/3 nerkowcow),
- 3 duże łyżki oleju z pestek winogron (ma słodki posmak, idealny do tego słodkiego smarowidła),
- 1/2 łyżki karobu (ew. może być kakao prawdziwe, nie rozpuszczalne) - u nas jest zawsze więcej, bo lubimy bardziej aromatyczne czyt. czekoladowe :D,
- 1,5 szklanki daktyli i rodzynek (polecam proporcje 1szklanka daktyli i 1/2 rodzynek),
- woda do uzyskania odpowiedniej konsystencji.

Prace rozpoczynamy od namoczenia ciecierzycy (co najmniej 12 godzin), a następnie ja gotujemy ok.2 godzin. Wodę z gotowania zostawiam. Ale o tym do czego, napiszę innym razem ;)

Jeśli chcecie, mozecie skorzystać z ciecierzycy w puszce lub w słoiku. Gotowy jest on do użycia.


Przechodząc do meritum czyli właściwe przygotowanie nutelli.

Ciecierzycę, orzechy, rodzynki i daktyle mieliśmy w maszynce do mielenia, jeśli nie macie, polecam rozdrobnić wszystkie twarde składniki, a daktyle dodatkowo zalać gorącą wodą i pozostawić na kilka chwil. Całość najlepiej zmielić w malakserze lub kubku od blendera, zależnie co macie w domu, jeśli jednak jest to mały pojemnik, polecam "robienie na raty". Na końcu będzie potrzebny jednak pojemnik, by połączyć wszystko i dodać olej, karob i wodę (po moczeniu daktyli najlepiej wykorzystać tę wodę). Z dodawaniem wody warto być ostrożnym, aby nie zrobić "ciapki" zamiast pasty ;)

Na koniec pozostaje próbować, smakować, zajadać.... :)



Z podanych proporcji, wychodzi dość duży pojemnik, ja czasem mrożę nadmiar, by w chwili potrzeby wyjąć i zajadać :D




Smacznego słodkiego! :)

środa, 10 sierpnia 2016

Tarta z borówkami :)

Dziś chciałam polecić przepis z blogu AgaMaSmaka na tartę z borówkami.
Ale w wersji takiej zdrooowej ;)



Lubię obserwować innych i ich wyczynania kulinarne i chętnie korzystam z ich pomysłowości. Dziś wypróbowana tartę z czterech składników - kaszy gryczanej niepalonej, daktyli, dojrzałych bananów i borówek. Szczegóły znajdziecie tutaj.

Ja polecam, bo bardzo nam smakuje! Nawet z mniejszą ilością daktyli.... ;)


wtorek, 9 sierpnia 2016

Fasolka szparagowa

Jak robić przetwory? Najlepiej wspólnie!

Małe rączki bardzo lubią być pomocne :) a obcinanie końcówek fasolki nie należy do trudnych zadań, więc radzą sobie doskonale i nawet urządzają wyścigi!


Fasolka najlepiej wg nas przechowuje się w zamrażalniku, zblanszowana, odcedzona i zapakowana w woreczki.
Próbowałam już kilkakrotnie przechowywać zapasteryzowana w słoikach w osolonej zalewie, jednak zawsze miała kwaśny posmak i nie nadawała się do jedzenia.... Widać nie trafiłam jeszcze na dobry przepis ;)

Pesto zielone

czyli przygoda z jarmużem ;-)


Dziś na tapecie, a raczej na kuchennym blacie, króluje pesto w kolorze soczystej zieleni :)
Ale nie jest to wersja tradycyjna z bazylią, czosnkiem i orzechami pini (które notabene zawsze zastępuję prażonymi orzechami arachidowymi).
Dziś wersja z jarmużem :)

Co potrzebne? Jarmuż, niestety wagowo nie potrafię określić jego ilości, powiedzmy większy pęczek (u nas był ogrodowy), odrobina bazylii - ok. 8-10 dużych liści, 4 ząbki czosnku, odrobina sera typu parmezan (lub innego długodojrzewającego), orzechy arachidowe prażone i nerkowca - ok. 1 łyżka każdych, odrobina (może być większa) podprażonych i ostrudzonych pestek dyni i słonecznika, olej i sól wg uznania. Z solą najlepiej ostrożne, bo łatwo przesolic pesto, a olej dolewamt do uzyskania właściwej konsystencji.

Całość wkładamy do kubka-blendera, najpierw liście, później czosnek, ser i orzechy. Na wierzch odrobina soli i zalewamy dookoła olejem, aby łatwo się blendowało.

W trakcie mieszania będzie widać czy potrzeba więcej oleju - nie będzie tworzyła się konsystencja pasty :)



Na koniec pozostaje spróbować i ewentualnie dodać soli wg uznania. Jeśli nie lubisz ostrych potraw, ilość czosnku można śmiało ograniczyć do 1-2 ząbków, tak, by oswoić się z nowym smakiem ;)

A z czym jeść?
U nas najczęściej tradycyjnie do makaronu dodajemy, lekko wilgotny, tylko odlany makaron łączymy z pesto, które pod wpływem temperatury i odrobiny pozostałej wody ładnie się "rozpuści" i rozprowadzi.
A ostatnio moim faworytem stał się ser z pesto.... :D Więc dziś na kolację będą grzanki z chleba razowego posmarowane pesto i przykryte plasterkiem sera..... ;-) Już zgłodniałam! Mniam!

piątek, 5 sierpnia 2016

o.....górkowy szał!


O, i się zaczyna!
Sierpień czytaj miesiąc ogórków :) to znaczy czas obfitości zielonych i pakowania ich w słoiki ;)
Dobrze, że co poniektóre dzieci lubią toto zielone i pomogą w zjedzeniu tego, co urosło za duże, za szybko, za dużo i nie zdążyło zostać zapakowane w szklane inkubatory ;)

No ale skoro już są i to w obfitości, trzeba je utylizować...a najlepiej przerabiając je na coś lepszego :D

Póki nie najemy się malosolnych, kiszonych nie będzie! A co! ;)

Zatem dziś pierwsze WŁASNE poszły w ruch :)

 A przepis...?  Hmmm... Cokolwiek ktokolwiek napisze, będzie to najlepszy przepis, bo jego ulubiony. U nas jednak ani kiszone ani małosolne bez czosnku, chrzanu, kopru, liści chrzanowych i kwitnącego kopru nie przejdą :)

Zatem pakujemmy toto zielone ogórków szaleństwo do słoja (kiedyś jeszcze nawet pakowane one-zielone były do glj innych garnuszka, ale kwiatki w nich wyrosły....!!!) I dorzucamy korzeń chrzanu, podkrojony ciut ciut, coby szybciej smak oddał, czosnku kilka ząbków, także pokrojonych co najmniej na pół, liście Chrzanowie i koper z dużą ilością tego co się sypie ;)
Całość zalane jest  ok 1,5 litra wod, a do tego sól - po pół łyżeczki na każde pół litra gorącej lub wrzącej wody. Całość zakręcamy, niezbyt szczelnie, lub nakrywamy talerzykiem, coby ciekawskie i wszędobylskie muszki-owoocowki się nie zadomowiły w tej okolicy ;)

Według co poniektórych ogórki dobre są już po godzinie.... ;) Ja jednak poczekam do jutra :) z utęsknieniem :) :) :)

Tak czy siak będzie pysznie!




wtorek, 2 sierpnia 2016

Śliwkowy lipiec.... :D


Śliwki w lipcu?!

Bardzo często słyszę to pytanie, szczególnie, gdy na początku słonecznego lipca częstuję bliższych i dalszych tymi owocami, ale tak się składa, że u rodziców w ogrodzie rośnie taka cudne drzewo, które o tej porze roku właśnie owocuje i cieszymy się tymi owocami od początku wakacji do jesienie, gdy dojrzewają późniejsze odmiany.

Śliwki poza codziennym pałaszowaniem, według mnie, nadają się doskonale zarówno na przetwory, jak i do ciast, jednym z których chciałam się podzielić... a może dokładniej przepisem, gdyż ciasto już praktycznie zniknęło za sprawą moją jak i Pana Franka ;)

A więc mój przepis na "placek" ze śliwkami? Wersji jest dużo i różnych, ale do tych owoców najczęściej sięgam po przepis z kruchym ciastem, z maślaną nutą w tle, niepozbawioną innych aromatów, o których za chwilę.


Kruche ze śliwkami i migdałową kruszonką
ciasto:
250g mąki
200g masła
3/4 szklanki cukru (u mnie brązowy)
1,5 łyżeczki domowego cukru waniliowego (ew. aromatu waniliowego)
2 jajka
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Masło ucieram z cukrem, dodaję po jednym jajku, cukier waniliowy, a następnie mąkę z proszkiem do pieczenia. Całość na około 1 godziny wkładam do lodówki lub zamrażalnika - wtedy ciut krócej, aby ciasto zbyt mocno nie stwardniało.

 
owoce:
śliwki - ilość zależna niestety od ich wielkości, większych ciut więcej, bo i pestka większa i cięższa, ale około 500g - wydrulowane, przepołowione
1 łyżka mąki ziemniaczanej
cynamon, kardamon - w ilościach wg uznania i tolerancji ;-)

Wydrylowane owoce łączę z mąką wymieszaną z przyprawami, u mnie tych drugich zawsze jest dość dużo!



kruszonka:
paczka migdałów mielonych
ok. 40-50g masła miękkiego
ok. 50g cukru
ok.100g mąki

Z powyższych składników widelcem "ugniatam" kruszonkę dodając mąkę w razie potrzeby, jednak podstawową bazą, do której się dostosowuję, są migdały. Kruszonka po połączeniu składników musi lekko lepka, nie tak jak typowa kruszonka do ciasta drożdżowego, która jest dość sucha ;)


Schłodzone ciasto układam na małej formie prostokątnej (ok. 20X25cm), bez tworzenia brzegów, na płasko, na tym układam owoce oprószone mąką ziemniaczaną wymieszaną z przyprawami, a następnie układam kruszonkę, bo tej kruszonki nie da się rozsypać ;)

Całość piekę w temperaturze 180 st.C ok 45-55 minut, w zależności od rodzaju piekarnika, wilgotności owoców i poziomu, na którym wstawimy ciasto - aż do cudnego zapachu ciasta w domu, tudzież zrumienienia się brzegów i wierzchu :)






Smacznego!